środa, 12 Grudzień 2018
Home / REGION / Historia Maćka, który w płomieniach omal nie zginął

Historia Maćka, który w płomieniach omal nie zginął

Jak Maciek w płomieniach omal nie zginął

Mamo ty nie wiesz jak to boli, nie chcesz wiedzieć. Ja już chyba nie żyję – takie słowa, każdego dnia słyszała mama 12-letniego Maćka, który pod koniec wakacji doznał rozległych oparzeń nóg, brzucha i pleców. Ten wypadek odmienił całe życie. Czas stanął w miejscu. Maciek bawił się z kolegami z wioski w prowizorycznym domku zrobionym z balotów słomy. Jeden z nich zapalił papierosa i zaprószył ogień. Gdyby nie 16-letni kuzyn, chłopiec nie wydostałby się z płonącej pułapki.

Ostatnia wakacyjna zabawa

Wtorek. 28 sierpnia. Chwilę po godzinie 17.00. Senny spokój Gostynia Łobeskiego (gmina Płoty) przerywają syreny prujących przez drogę wozów strażackich. Pięć jednostek ruszyło na wezwanie 16-latka, który zaalarmował straż. Na polu niedaleko zabudowań płonął stos słomianych balotów. 16-letni Patryk jak w transie próbował je gasić. Daniel zaś ratował 12-letniego Maćka, któremu dresy stopiły się niemalże na ciele. Chłopiec został uwięziony w wąskiej przestrzeni, prowizorycznego domku ze słomy, który chłopcy zbudowali dzień wcześniej. Gdyby nie Daniel, który wrócił po Maćka, ten spłonąłby żywcem, uwieziony w pułapce. – Nie było nas z mężem jakieś 30 minut. Pojechaliśmy do Płotów na zakupy, chciałam dzieciom kupić zeszyty i przybory do szkoły. Maciek miał jechać z nami, ale uprosił, żeby go zostawić. Gdybym wiedziała, że dojedzie do tragedii za uszy bym go na siłę zabrała. Najpierw siedzieli na podwórku, dziadek dał im winogron do obierania, potem poszli bawić się na pole. Dzień wcześniej też się bawili, w takim prowizorycznym domku z balotów słomy.  Nie było żadnego zagrożenia, nawet moja starsza córka była z nimi. Mąż po nich pojechał, żeby ich przywieźć do domu.  – wspomina mama Maćka – Paulina Chrul.

 – Stałam już w kolejce do kasy, po drodze jeszcze spotkałam nauczycielkę Maćka, rozmawiałyśmy o tym, że właśnie zakupy szkolne robię, że dzieciaki wracają za parę dni do szkoły. I nagle dostaję telefon, że jest wypadek, że Maciek jest ranny, że płonie słoma na polu. Nie pamiętam jak tam dojechaliśmy z mężem. Policjant nie chciał mnie wpuścić, mówił, że syn źle wygląda. Ja mu na to, że to bez znaczenia, że to moje dziecko, że muszę z nim porozmawiać, bo on jest bardzo do mnie przywiązany, nie da nic przy sobie zrobić! Maciek miał poparzone całe nogi, plecy, brzuch, mieli go zabrać do szpitala transportem lotniczym. On do mnie: mamo, ja mam lęk wysokości, ja nie polecę! Taka dziwna wymiana zdań. Był w szoku. Płakał, że to nie on palił papierosy, przysięgał. Dziś wiem, że nie on zaprószył ogień, ale to nie ma znaczenia, bo najważniejsze, żeby wyzdrowiał – mówi mama, łamiącym się głosem. Maciek został przetransportowany do Koszalina, 16-letni Patryk z poparzeniami dłoni i twarzy do Szczecina. Trzeciemu z chłopców nic się nie stało. żadnego zagrożenia, nawet moja starsza córka była z nimi. Mąż po nich pojechał, żeby ich przywieźć do domu – wspomina mama Maćka – Paulina Chrul. – Stałam już w kolejce do kasy, po drodze jeszcze spotkałam nauczycielkę Maćka, rozmawiałyśmy o tym, że dni do szkoły. I nagle dostaję telefon, że jest wypadek, że Maciek jest ranny, że płonie słoma na polu. Nie pamiętam jak tam d o j e c h a l i ś my z mężem. Policjant nie chciał mnie wpuścić, mówi, że syn bardzo źle wygląda. Ja mu na to, że to bez znaczenia, że to moje dziecko, że muszę z nim porozmawiać, bo on jest bardzo do mnie przywiązany, nie da nic przy sobie zrobić! Maciek miał poparzone całe nogi, plecy, brzuch, mieli go zabrać do szpitala transportem lotniczym. On do mnie: mamo, ja mam lęk wysokości, ja nie polecę! Taka dziwna wymiana zdań. Był w szoku. Płakał, że to nie on palił papierosy, przysięgał. Dziś wiem, że nie on zaprószył ogień, ale to nie ma znaczenia, bo najważniejsze, żeby wyzdrowiał – mówi mama, łamiącym się głosem. Maciek został przetransportowany do Koszalina, 16-letni Patryk z poparzeniami dłoni i twarzy do Szczecina. Trzeciemu z chłopców nic się nie stało.

Mamo ja umarłem

Pierwsze dni na oddziale Chirurgii Dziecięcej, Oparzeń i Urologii szpitala w Koszalinie były dla chłopca piekłem. Przeszczep skóry wykonano u 12-latka w trzeciej dobie, potem przeszedł jeszcze dwa zabiegi. – Nie był w śpiączce farmakologicznej, dostawał leki przeciwbólowe i uspokajające, ale to i tak wiele nie pomagało. Każda zmiana opatrunku była koszmarem, Maciej leżał na moich rękach, krzyczał wniebogłosy, momentami bałam się, że będzie gryzł z bólu. Mamo ty nie wiesz jak to boli, nie chcesz być na moim miejscu, mamo ja chyba nie żyję – mówił. Rozległe rany po oparzeniu na nogach, plecach i częściowo na brzuchu płonęły żywym ogniem. Spuchnięte ciało, które zdawało się być bolesnym, zbędnym balastem, broczyło krwią. – Maciek cierpiał straszliwie, po przeszczepach musiał leżeć na brzuchu, zdrową skórę zdejmowano z pleców, ramion. Po drodze przyplątała się sepsa, nie działały żadne antybiotyki, świeżo podgojone rany, otwierały się na nowo. Wreszcie z Koszalina został przewieziony na Zdroje w Szczecinie. Tu powoli Maciej dochodził do siebie, choć z jakiegoś powodu trzy przeszczepy nie przyjęły się do końca. Po wielu tygodniach, pod koniec października wypisano nas do domu. Wierzę, że w warunkach domowych, Maciek szybciej dojdzie do siebie – tłumaczy mama.

Każdy grosz na wagę zdrowia

Maciej wymaga stałej rehabilitacji. Codzienne dowozy do Gryfic, z uwagi na stan zdrowia nie są możliwe. Konieczna jest pomoc rehabilitanta w domu. Do tego dochodzą duże wydatki na środki opatrunkowe, maści, płyny do kąpieli. – Musieliśmy zakupić specjalne trykoty uciskowe dla Maćka, po które jechaliśmy aż do Łodzi. Potrzeb jest bardzo dużo. Mąż po prawie trzech miesiącach siedzenia w domu, wyjechał zagranicę do brata do pracy. Każdy grosz idzie na leczenie i rehabilitację – mówi mama chłopca, który ma jeszcze starszą siostrę Julkę i młodszego brata, Piotrka. Rodzeństwo pomaga w opiece nad Maćkiem, który zaczął już w domu naukę. Do 12- latka przychodzą nauczyciele, a także koledzy z klasy. Życie po woli wpada na spokojne tory, choć nigdy nie będzie takie samo, jak przed wypadkiem. – Choroba Maćka wyznacza czas w naszym domu. Kiedy leżał w szpitalu, byliśmy u niego codziennie. Zmienialiśmy się z mężem, połowa dnia on, połowa ja. Jedno z nas wracało do pozostałych dzieci. Maciek bardzo boi się o nich, kiedy jeszcze leżał w szpitalu, nieustannie mówił, żeby uważać na wszystkich, pilnować szczególnie Piotrusia. Ma ogromną traumę. Denerwuje się, bo ciało jeszcze nie chce się goić, bardzo go swędzi i szczypie, ale i tak jest naszym małym bohaterem, bo dźwiga na barkach więcej, niż niejeden dorosły – dodaje mama.

Sprawdź także

Dojazd do gryfickiego szpitala oficjalnie otwarty

Dojazd do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego lecznicy w Gryficach będzie łatwiejszy i bardziej komfortowy. Placówka właśnie …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Ta strona wykorzystuje cookies, aby zaoferować najlepsze doświadczenia w Internecie. Poprzez kontynuowanie używania naszej strony internetowej, zgadzają się Państwo na korzystanie z plików cookie.