piątek, 22 Listopad 2019
Home / GRYFICE / Ada to nie wypada, czyli na co nigdy nie jest za późno!

Ada to nie wypada, czyli na co nigdy nie jest za późno!

KULTURA. O ideach, po które trzeba sięgać, o miłości, przyjaźni, przeznaczeniu i mądrym widzu, który jest jak tlen dla artysty.

A także o czarnym scenariuszu z chorobą w tle. O magii liczb i relacjach międzyludzkich a także o tym, że nie ma znaczenie gdzie grasz: Rzym czy Trzebiatów. Najważniejsze aby spotkać człowieka. O tym wszystkim w rozmowie z Adrianną Biedrzyńska – polską aktorką teatralną i filmową, która w minionym tygodniu spotkała się z publicznością.

Red: To były niezwykle intensywne dni. Spotkałaś się z publicznością w Gryficach w Bibliotece Miejskiej, Trzebiatowie w pałacu nad Młynówką a także w Mrzeżynie, podczas zamkniętego koncertu w ośrodku wypoczynkowym „Bałtyk” państwa Lewandowskich. To twoja pierwsza wizyta w tych stronach.

Adrianna Biedrzyńska: Tak w Trzebiatowie i Mrzeżynie jestem po raz pierwszy. Przypominam sobie, że odwiedziłam kiedyś Gryfice. Ale trudno w długiej trasie, gdzie dziennie gra się po dwa spektakle choć na chwilę zatrzymać. Poczuć klimat, odnaleźć emocje. Teraz wyjeżdżam ze łzami w oczach. Było tak cudownie, spotkałam się z magicznymi osobami. Marta, która opiekowała się mną podczas tej wizyty zapewniała – i rzeczywiście miała rację – że są tu wyjątkowi ludzie – szczerzy, serdeczni. Szczególnie przyjaciele Martusi Trzeciak. Spotkania z widownią, która przede wszystkim słuchała to najpiękniejszy dar dla artysty. To niezwykle ważne, gdy odnajdujesz wrażliwego i inteligentnego słuchacza. Zabieram energię tych kilku dni, by się karmić i wzmacniać. Miałam tu opiekę jak u mamy w domu. Tak troskliwą, że nawet podczas tej rozmowy – Marta parzy mi zioła. To porusza. Cudowne jest to, że są ludzie o takich sercach. Warto w to wierzyć. Wiem to, czuję, doświadczam. To moje Anioły, które są ze mną o każdej porze dnia i nocy – mimo odległości, która nas dzieli. Mogę na nie liczyć. To najwyższa wartość. Bo życie opiera się przede wszystkim na relacji z ludźmi. To dzięki Marcie poznałam jej bliskich i  przyjaciół. I szkoda, że muszę jechać. Choć nie stawiam kropki nad „i”. To tylko przecinek i mam nadzieję, na ciąg dalszy tej opowieści. Zatrzymałam się tu na „za krótko”.

Red: Czy widownia w przestrzeni małego miasteczka różni się od tej warszawskiej lub wielkomiejskiej? Czy to ma jakieś znaczenie dla artysty?

Adrianna Biedrzyńska: Nie lubię grać w Warszawie, gdzie na spektakl przychodzą tzw. oceniacze i oglądacze. Tymczasem w ciut mniejszych miasteczkach ludzie czekają. To jest najcudowniejsze, bo jak mówię na scenie – swój cenny czas poświęcają tylko dla mnie. To wzruszające. I nie ma to znaczenia, – jeżeli chodzi o tremę czy rangę – czy to jest występ w Stanach Zjednoczonych, Rzymie czy Trzebiatowie – ta publiczność jest zawsze taka sama. To są moi ukochani odbiorcy, którzy chłoną artystę. Sprawiają, że rozkwita, nawiązuje ze sceny rodzaj unikalnej relacji. To publiczność, która daje przestrzeń, w której mogę ofiarować to, co mam najcenniejszego. A kiedy się podoba to nie ma niczego piękniejszego w tym zawodzie.

Red: Czy po tym, gdy ujawniłaś kulisy swojej choroby, odczuwasz presję ze strony ludzi chorych, że teraz oto będziesz „coachem życia”, który obarczony swego rodzaju misją powie „jak żyć” z chorobą i po.

Adrianna Biedrzyńska: Z wielu względów tak. Mam misję, mówię i podkreślam na każdym kroku – trzeba się badać, żeby nie było za późno. To, co jednak najważniejszej z perspektywy – osoby, która chorowała na guza mózgu – a także z mojej – to mówienie o możliwości leczenia metodą Gamma Knife, którą wprowadził do Polski ukochany mój profesor Mirosław Ząbek. Genialny neurochirurg, który zajmuje się przede wszystkim guzami i który stosuje w ich leczeniu właśnie promieniowanie Gamma – Nóż Gamma. Faktycznie upubliczniłam na swoim funpagu informację o mojej chorobie, tak by nie przeciekło to do bulwarowej prasy i by cała historia opierała się na faktach, a nie zmyśleniach. Z tego też względu otrzymuję mnóstwo wzruszających emaili, wiadomości od ludzi, którzy dziękują za pomoc. Są w tej grupie tacy, którzy skorzystali dzięki mojej informacji z tej cudownej metody. Inni szukają pomocy. Warunkiem powodzenia terapii jest to, by guz był nie większy niż 3, 5 centymetra. To listy ludzi, którzy są już po zabiegach. To mocne historie, wzruszam się za każdym razem, płaczę, ale cieszę jednocześnie, że mam w tym swój skromny udział. Jestem szczęśliwa, że mogę komuś pomóc. Dlatego mówię o tym głośno, bez wstydu. Widzę jak wiele dobrego można zrobić upubliczniając taką informację.

Red: Napisałaś we wrześniu ubiegłego roku, że choroba odpuszcza, guz rozpada się, że to twoja nowa data urodzin. Jak wykorzystałaś miesiące „nowego życia”? Czy czas po chorobie różni się od tego sprzed chwili, tej fatalnej diagnozy?

Adrianna Biedrzyńska: Nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że to coś poważnego, co może zmienić moje losy. Nie wyciągnęłam z tej historii żadnych wniosków. Nie zmieniłam życia w żaden sposób. Nie było rewolucji, oświecenia, jakieś wolty. Szczególną rolę odegrała moja druga połówka – Sebastian – zodiakalny Baran – tak jak ja – i Tygrys chiński. Jesteśmy spięci w jakiś szczególny, magiczny sposób. W jednym z wywiadów mówiłam, że mój pesel składa się w pierwszej części z mojej daty urodzin w drugiej jego. I to właśnie on – w chwili, gdy przyszła wiadomość o guzie – powiedział, że to jest nic poważnego, bo zbyt wiele musieliśmy pokonać przeszkód, aby być razem. I tej myśli trzymałam się przez cały okres leczenia. I trzymam do dziś. Ta diagnoza nie była jedyną z kategorii „najgorszych”. Jeszcze parę chwil temu czekałyśmy z Martą i jeszcze jedną moją przyjaciółką – Wiesią na wyrok. Lekarze podejrzewali u mnie białaczkę szpikową. Jadąc do Trzebiatowa – po drodze – otrzymałam wiadomość, że nie jestem obciążona genetycznie po tacie. Podsumowując, po chorobie żyję równie intensywnie jak przed. Nie miałam poczucia swego rodzaju cezury tamtego życia i tego. Wyparłam z głowy czarny scenariusz, żyjąc tak, jak dotychczas.

Red: Od początku wiedziałaś, że twoje leczenie będzie opierać się na metodzie Gamma Knife?

Tak. Słyszałam dużo dobrego o panu profesorze Ząbku, który upowszechnił tę metodę w Polsce. W Europie i na świecie chorzy są leczeni już od kilkudziesięciu lat w ten sposób. Na szczęście okazało się, że guz nie jest większy, niż 3,5 centymetra. Stąd nie było konieczności operacji tradycyjną metodą, co ważne guz rozpada się, a pacjent w okresie leczenie może dość sprawnie funkcjonować. Nie przerwałam aktywności zawodowej nawet na chwilę, grałam, koncertowałam. Bo Gamma Knife jest bezinwazyjny.  Choroba nie zepchnęła mnie do narożnika. To nie była moja największa bitwa. Sporym wyzwaniem było leczenie u dr Macieja Prywińskiego w Gryficach, który sprawił mi piękny, tytanowy kręgosłup. Na szczęście jestem dziś w formie i jak czasem żartuję „nie piszczę na bramkach” lotniczych.

Red: W trakcie jednej z rozmów stwierdziłaś, że aktorstwo to niezwykle ciężki i wymagający zawód. Co byś powiedziała wszystkim tym, którzy mimo to marzą o scenie?

Znajdźcie sobie fajne, inne zajęcie. Jakiś ciekawy zawód. Ja sama marzyłam, by zostać psychiatrą.

Red: „Nigdy nie jest za późno, by spełniać marzenia” – to motto twojej mentorki nieżyjącej Ireny Kwiatkowskiej, która jak opowiedziałaś podczas koncertu w Mrzeżynie, będąc grubo po 70 – tce rozpoczęła naukę języka francuskiego.

Adrianna Biedrzyńska: Bardzo chciałabym być psychiatrą, i może coś jeszcze wymyślę. Oczywiście to taki żarcik. Wracając do pytania, zawód aktora to bardzo niewdzięczne zajęcie. Jedyną osłodą, nagrodą, plastrem na duszę jest chwila, gdy tuż po przedstawieniu widzę rozradowane twarze widzów, którzy nie żałują, że przyszli. I nie mają poczucia, że stracili czas na spotkanie ze mną.

Na co Ada rocznik 62 miałaby dziś ochotę w przestrzeni artystycznej? Trzy życzenia od złotej rybki to..

Żadna złota rybka. Trzeba samemu kreować rzeczywistość, realizować marzenia i stawiać cele. Przez cały czas siedzę i piszę scenariusze. Czytam, dużo pracuję. Szykuję się do „30 – stki artystycznej” a także do pełnej fabuły, która jest sporym wyzwaniem. Zwłaszcza, że tym razem stanę po drugiej stronie kamery. Nie czekam, nie oglądam się na innych. Jest wielu fantastycznych ludzi, którzy po przeczytaniu scenariusza chcieliby wejść finansowano w mój projekt. Jestem więc pełna optymizmu.

O czym opowiesz?

Zapraszam na premierę. Jedyne, co mogę powiedzieć,  to że planuję nakręcić „mądrą komedię”. „Trzydziestka” zaś będzie bardzo osobistą podróżą w kierunku nowej fali francuskiej, którą kocham i z wielkim ukłonem dla Agnès Varda. Będzie lirycznie i nostalgicznie.

23

 

Sprawdź także

Trzebiatów jest wielki! Mamy już ponad 10 tysięcy na mural! Pomożecie?

Miasto opanowało muralowe szaleństwo! To jak pospolite, społeczne ruszenie w ważnej dla przestrzeni miejskiej sprawie! …

Ta strona wykorzystuje cookies, aby zaoferować najlepsze doświadczenia w Internecie. Poprzez kontynuowanie używania naszej strony internetowej, zgadzają się Państwo na korzystanie z plików cookie.